JULIUSZ MACHULSKI
Kino Staromiejskie

Kinomanem zostałem w Lublinie i to bardzo, bardzo dawno temu. Przede wszystkim za sprawą kina Staromiejskiego. Pewnie dlatego, że jak żadne inne miało ono tajemnicę, urok i duszę.

Najpierw, gdy mieszkaliśmy na ulicy Kołłątaja, rodzice prowadzali mnie tam głównie na niedzielne „poranki”. Były to zestawy krótkich animowanych filmów z różnych stron świata, głównie z ZSRR. Mnie było wszystko jedno, skąd pochodziły, byle historie były ciekawe. Zostało mi to zresztą do dziś. Z ulicy Kołłątaja do Staromiejskiego było stosunkowo niedaleko, a więc niedzielny spacer często kończył się projekcją w tych autentycznie starych murach. Nie wiem dlaczego, ale pamiętam, że głównie siedziałem tam na balkonie. Tata widocznie uznał, że z góry widać lepiej, a ja podzielałem to przekonanie. Widziałem stamtąd niezliczoną ilość kreskówek, ale jedną radziecką zapamiętałem do dziś. Chodziło w niej o to, żeby pokonać groźnego smoka, którego nikomu dotąd pokonać się nie udało, choć rycerzy-śmiałków było wielu. Wreszcie nasz bohater, śmiałek nad śmiałkami, unieszkodliwia bestię. Cieszymy się razem z nim, aż tu nagle… co to?! On sam zamienia się w smoka!!? I to wyjaśniało tajemnicę „niepokonanego zła”. Dziś przypuszczam, że to mogła być także ukryta metaforyczna krytyka systemu komunistycznego: żeby nie wiem ilu dobrych ludzi chciało obalić system, każdy kto weń wejdzie, sam staje się systemem. Albo to jest moja nadinterpretacja, a obejrzany filmik był adaptacją jakiejś chińskiej czy hinduskiej bajki.

Mały Juliusz Machulski na kucyku w towarzystwie taty Jana Machulskiego na placu Litewskim w Lublinie, w tle widoczny budynek hotelu Europa, fotografia czarno-biała, bez daty, zbiory Juliusza Machulskiego.
Mały Juliusz Machulski na kucyku w towarzystwie taty Jana Machulskiego na placu Litewskim w Lublinie, w tle widoczny budynek hotelu Europa, fotografia czarno-biała, bez daty, zbiory Juliusza Machulskiego.

Kiedy przeprowadziliśmy się dalej od centrum na ZOR-Zachód, na ulicę Szarych Szeregów – wtedy był to koniec Lublina, dziś prawie centrum – wyprawa do kina Staromiejskiego łączyła się z całą masą logistycznych uwarunkowań. Z definicji słowa „poranek” wynikało, że wizyta w kinie musiała się odbyć wcześniej, żeby zdążyć z powrotem na obiad, który przygotowała babcia, a poza tym po południu kino wyświetlało filmy dla dorosłej publiczności. Uwielbiałem te wyprawy, bo łączyło się to najpierw przejażdżką trolejbusem, potem z krótkim spacerem przez Stare Miasto, Bramę Krakowską, a jak wiemy na końcu ulicy Jezuickiej mieścił się Teatr Andersena, gdzie również lubiłem wpadać od czasu gdy mój Tata aktor zagrał tam w Przygodach Guignola.

Kino Staromiejskie stworzone było do oglądania ważnych filmów. Sam budynek był bardzo stylowy – o czym wówczas nie myślałem w tych kategoriach – i bardzo mi się jego tajemniczy półmrok podobał. Kiedy miałem już trochę więcej lat, tak że mogłem wytrzymać dłużej niż półgodzinny seans, obejrzałem tam pełnometrażowy francuski film animowany Pastereczka i kominiarczyk Paula Grimaulta według bajki Andersena.

Ale najważniejszym wydarzeniem, które zostanie ze mną na zawsze dzięki kinu Staromiejskiemu, byli Krzyżacy Aleksandra Forda, film z 1960 roku. Każdy 6-letni młody człowiek w Polsce chciał być wówczas rycerzem, który pokona krzyżackiego smoka. Kiedy wreszcie, tym razem z Babcią, dotarliśmy do wypełnionego po brzegi kina, nie siedziałem na balkonie, ale i tak byłem szczęśliwy. No bo to, co się działo na ekranie, było niewyobrażalne! Już jako dorosły, a w dodatku ktoś kto trochę zajmuje się robieniem filmów, uważam, że tamta polska superprodukcja nie ustępowała w niczym, a może i przewyższała niektóre historyczne superprodukcje, które do Polski dochodziły z Hollywood. Ale, żeby mi nie było za fajnie, musiało coś się wydarzyć. W środku projekcji przeżyłem maleńki dylemat. Film był długi. Prawdopodobnie najdłuższy jaki dotąd widziałem. W pewnym momencie zupełnie trywialnie zachciało mi się siku. Rozważałem nawet ewentualność poniżenia pt. „niech się dzieje co chcę, nie ruszam się nigdzie!”, w końcu jednak rozsądek i wygoda zwyciężyły. Babcia przeprowadziła mnie za rękę wśród sykających z niezadowoleniem widzów do toalety. W ten sposób opuściłem ekranową walkę Zbyszka z niedźwiedziem. Byłem niepocieszony.

Choć mogło być gorzej, gdyby przepadł mi pojedynek na topory Zbyszka z bratem Rotgerem lub, nie daj boże!, fragment bitwy pod Grunwaldem! Zmagania z niedźwiedziem zaliczyłem dopiero siedem lat później, już w Warszawie, w kinie Polonia, które jak kino Staromiejskie dziwnym trafem stało się potem teatrem. Ale moje życie kinomana zaczęło się w Lublinie na Jezuickiej 18.

Nie miałem pojęcia, jak ważny historycznie i stary jest to budynek. I że to był drugi najstarszy teatr w Polsce. Z tym większym zaskoczeniem i radością wróciłem tu kilkadziesiąt lat później na zaproszenie Teatru Starego, by już jako dorosły kinoman i teatroman wyreżyserować w tym odrestaurowanym z niewiarygodnym pietyzmem teatrze Machię, własną sztukę o Niccolo Machiavellim. I dziś wydaje mi się, że z balkonu też lepiej się ją ogląda.

Wyszukaj

Wpisz poniżej wyszukiwaną frazę, po czym wciśnij przycisk "Szukaj".

Cookies

W celu świadczenia usług na najwyższym poziomie na naszej stronie stosujemy pliki cookies. Korzystanie ze strony oznacza, że cookies będą zamieszczane w Państwa urządzeniu; więcej informacji znajdą Państwo w polityce prywatności.

Należy zaakceptować cookies, aby przeglądać zawartość strony. Decyzję można w każdym momencie zmienić w ustawieniach przeglądarki.